Część 3: Północne plaże Kuby

O poranku wyruszyliśmy z Trinidadu w dalszą podróż. Przed odwiedzeniem Cayo Santa Maria postanowiliśmy jednak zatrzymać się na dwa dni w małej miejscowości Caibarién, tuż obok mostu łączącego nasz kurort z wyspą.

[galeria zdjęć na końcu strony]

Caibarién to najmniejsze miasteczko w jakim byliśmy podczas naszej wyprawy po Kubie. Nie ma tam nic konkretnego do zobaczenia oprócz lokalnego Parku (jedynego miejsca zasięgu sieci WiFi), kościoła, deptaka wzdłuż wybrzeża oraz dość zapomnianej plaży, na którą można dojechać za 1CUP. W Caibarién można poczuć prawdziwy klimat kubańskiego życia, z dala od turystów. Wszystko jest niebywale tanie, w większości restauracji obsługa nie przyjmuje nawet turystycznej waluty CUC, gdyż nikt nią zazwyczaj nie płaci. Miłym zaskoczeniem był nasz nocleg zarezerwowany przez Internet, za całe piętro przytulnego mieszkania z kuchnią i dużym balkonem zapłaciliśmy jedyne 15CUC za noc.
Caibarién to naprawdę mała miejscowość, na początku trochę szokował nas widok np. konia zostawionego samego sobie na środku ulicy albo do połowy oskubanego, żywego koguta wiezionego na obiad do domu. Na tak małą ilość mieszkańców ulice są prawie puste, a plus w tym wszystkim taki, że nie ma kolejek w sklepach ani w punkcie sprzedaży doładowań Internetu. Wieczorami miasteczko odżywa ponieważ ludzie wychodzą na kolacje i do pubów ze znajomymi, dobrych restauracji jest kilka więc z reguły są zapełnione.

Kolejnego dnia wybraliśmy się do położonego nieopodal miasta Remedios, gdzie trwał kolejny kubański festiwal i tym razem udało nam się zobaczyć występ lokalnych tancerzy. Głośna muzyka oraz tańce trwają od rana do wieczora, klika dni pod rząd. Ludzie zjeżdżają się z całego miasteczka i okolic żeby wspólnie świętować, atmosfera jest wspaniała. Z racji, że trwały mistrzostwa świata w piłce nożnej mogliśmy także obejrzeć mecz naszej reprezentacji z Kolumbią, niestety nasze głosy smutku zostały łatwo zagłuszone wielkimi brawami i okrzykami radości mocno dopingujących Kolumbii Kubańczyków. Jest to nieco większe miasteczko pod względem ludności i obszaru, jednak bardzo przypomina Caibarién aczkolwiek już nie posiada dostępu do morza. Po kolacji i zwiedzeniu rynku udało nam się złapać powrotną taksówkę do miejsca naszego noclegu. Kubańczyk, który dosiadł się do nas, na wieść, iż jesteśmy z Polski zaśmiał się i powiedział jedno słowo “Lewandowski”, wykonując rękami gest płaczu haha jak widać wcale nie trzeba wspólnego języka żeby się zrozumieć.

Dzień przed wyjazdem chcieliśmy jak zwykle zorganizować transport i ku naszemu zaskoczeniu dowiedzieliśmy się ze żadne tutaj nie kursują, a jeżeli jakaś życzliwa osoba postanowi nas podwieźć na wyspy to kosztować nas to będzie tyle co trasa z Viniales do Trinidadu! Niedorzeczne. Pobudka 6 rano, ruszyliśmy na miejscowy rynek gdzie podobno miały zatrzymywać się autobusy jadące do hotelu Starfish Cayo Santa Maria. Jak się okazało były to autobusy wyłącznie przeznaczone dla pracowników hotelu, jednak pan kierowca nagiął nieco dla nas zasady i pozwolił wejść nam do autokaru. Przed wjazdem na drogę prowadzącą do kurortów czekała nas kontrola – sprawdzają tam każdy pojazd spisując paszporty każdego wjeżdżającego na ten teren turysty. Zamiast płacić za bilety zostawiliśmy kierowcy napiwek i wszyscy byli zadowoleni. Na przyszłość jednak notka: na Cayo Santa Maria i Cayo Coco rezerwujcie taksówki w większych miastach, z tych małych ciężko się wydostać.

W hotelu Starfish Cayo Santa Maria spędziliśmy trzy dni; jaka miła oderwać się na chwilę od rzeczywistości panującej na Kubie. Co prawda ten pięciogwiazdkowy hotel zyskałby w Europie nieco niższą ocenę, mimo wszystko byliśmy bardzo zadowoleni. Z racji pory deszczowej i mniejsze-go ruchu turystycznego połowa hotelu była zamknięta, a część z basenami i rozrywką prawie pusta w ciągu dnia, co bardzo nam odpowiadało 😊 Szwedzki stół na jadalni przywitał nas różnymi daniami i deserami: naleśniki, lody, ciasta, makarony, sery, orzechy, spaghetti z owocami morza i mnóstwo różnych dań na które rzucicie się z radością.

Kiedy słońce nie będzie aż tak silne koniecznie wybierzcie się na strzeżoną plażę kurortu, woda jest gorąca a piasek bielutki, plaża jest przepiękna! Animatorzy hotelu oferują różnego rodzaju atrakcje, od kursu tańca salsy na piasku po grę w siatkówkę czy piłkę plażową. Oczywiście nie brakło nam czasu na odrobinę ćwiczeń, pływania oraz rozciągania, a także stania na głowie.

Dzień przed wyjazdem kupiliśmy bilety na autobus jadący do Varadero – autobusy te zatrzymują się jedynie pomiędzy poszczególnymi hotelami i zapewniają dobry standard podróży.

Varadero jest bardzo turystycznym miejscem, z luksusowymi hotelami, oblegane głównie przez Amerykanów. Półwysep ma jakieś 20km długości więc jeśli chcecie go całego zwiedzić to najsensowniej jest wskoczyć do turystycznego autobusu hop on, hop off za jakieś 5 CUC na cały dzień.

Jeśli chodzi o zwiedzanie możecie tam zobaczyć Delfinarium, w którym pokazy odbywają się o określonych godzinach więc upewnijcie się na stronie internetowej kiedy chcecie tam zajrzeć. Ciekawym miejscem jest Park Josone, Klub golfowy Varadero, przystań portowa Marina Varadero. Na całej długości półwyspu od strony północnej znajdują się plaże. Restauracji jest od groma i wszystkie serwują podobne cenowo i jakościowo dania, bliżej głównej ulicy można znaleźć także lokalne restauracyjki, przez pół tańsze i równie pyszne. Ostatniego wieczoru poszliśmy na plażę aby pożegnać ocean oglądając zachód słońca przy winie. Dwa tygodnie, a tak szybko minęły…

Następnego dnia wróciliśmy autobusem do Hawany; bilety na taki kurs możecie kupić w biurze podróży każdego większego hotelu, nie kosztują więcej niż 10CUC. W drodze wysłuchaliśmy całej historii mijanych przez nas miast, od Varadero przez Matanzas, Santa Cruz oraz znajdującej się w niej wytwórni rumu Fabrica de Ron Havana Club, a także parę słów na temat najwyższego mostu na wyspie przez który przejeżdżaliśmy, Puente de Bacunayagua o długości 313,5 oraz wysokości 103,5 metrów, oddany do użytku w 1959 roku.

Popołudnie w Hawanie wykorzystaliśmy na zobaczenie miejsc, które pominęliśmy podczas pierwszych dni. Co zabawne restauracja, która szczególnie przypadła nam do gustu – Casa Cantabria przy ulicy Neptuno – była rzut beretem od naszego noclegu, a odkryliśmy ją dopiero w ostatni dzień. Co prawda na jedzenie czeka się trochę długo ale jest przepyszne, porcje ogromne, a ceny rozsądne.

Po śniadaniu udaliśmy się na lotnisko; pamiętajcie żeby zamówić taksówkę u gospodarza już poprzedniego dnia! Byliśmy bardzo zadowoleni z całej wyprawy, choć czuliśmy lekki niedosyt – przecież została jeszcze druga część wyspy do zobaczenia… trzeba będzie kiedyś wrócić 🙂

Na tym kończy się nasza wyprawa wokół Kuby. Zapraszamy do śledzenia naszych wpisów. Bądź na bieżąco – dodaj się do SUBSKRYBCJI w prawym górnym rogu.

[robo-gallery id=”2896″]

Zapraszamy do śledzenia kolejnych wpisów.

Dodaj komentarz